
                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text
=============================================================================
                                Poranek
=============================================================================
     Obudzi   si  dziwnie  niespokojny.  Mia  niejasne  przeczucie,  e
    wydarzyo si co zego. Nie wiedzia jeszcze co, ale strach ju kad
    swe  lodowate  palce  na jego karku. Wsta z ka i podszed do okna.
    Niby  nic  nowego,  niebo  byo  jak zwykle bkitne, so ce wiecio
    jasno   i  przyjemnie.  Moe  to  tylko  sen,  ktrego  nie  pamita,
    pozostawi  po  sobie  nieokrelony  lk. A jednak co byo nie tak. I
    wtedy  zrozumia.  Chocia  bya  penia  lata, nie sysza wierkania

    ptakw,  ktre  o tej porze zawsze rozbrzmiewao za oknem. W ogle nic
    nie  sysza,  jakby znajdowa si poza czasem. Wok panowaa idealna
    cisza.   Odwrci   si  i  spojrza  na  zegarek.  Zielone  cyfry  na
    wywietlaczu  wskazyway  godzin  dziesit. Nagle zakrcio mu si w
    gowie.   Zachwia  si  i  musia  usi  na  ku,  eby  si  nie
    przewrci.  Odczeka  chwil,  eby zawroty gowy miny. Wci peen
    niepokoju  poszed do pokoju rodzicw. W przedpokoju usysza trzaski.
    Spojrza  na  licznik  Geigera i zdrtwia. Miernik wskazywa dziesi
    jednostek  powyej  dopuszczalnego  poziomu. Przy takim promieniowaniu
    ju  dawno  powinni  byli  zej  do schr onu. Dlaczego rodzice go nie
    obudzili?   Chyba,   e...  Wbieg  do  pokoju  rodzicw.  Jego  obawy
    sprawdziy si. Oba ciaa leay nieruchomo. Posiniae twarze wyraay
    spokj.  A  wic  zostali  zaskoczeni we nie, nawet si nie obudzili.
    Moe  to i lepiej, przynajmniej nie cierpieli. W okolicach uszu i nosa
    widniay  lady  zaschnitej,  czarnej ju krwi. O Boe... Poczu, jak
    nogi  si  pod nim uginaj. Upad na podog. Pomyla o Beacie, ktr
    darzy  szczeglnym  uczuciem.  Ju jej nigdy nie zobaczy. Nie dotknie
    jej mikkich, pachncych wosw, nie pocauje jej sodkich ust. Nigdy.
    NIGDY!  Teraz  dopiero  pozna  okrutne znaczenie tego sowa: NIGDY...
    Wspomnia  te wszystkie dni, ktre razem spdzili. Ich wsplne spacery
    po  parku,  wieczory  spdzone  nad  jeziorem,  pierwszy pocaunek. To
    wszystko  odeszo  i ju nie wrci. Nigdy... Tak bardzo pragn ujrze
    j  cho raz. Ten jeden, ostatni raz. Poegna si... zy napyny mu
    do  oczu.  Sprbowa wsta, ale nogi odmwiy mu posuszestwa. Traci
    siy.  Gow  rozrywa mu niesamowity bl. Wiedzia, e nie zostao mu
    wiele  czasu.  Wiedzia, e nie zdoa doj do schronu. Poza tym i tak
    przyj ju zbyt wielka dawk promieniowania. Dziwne, e wci jeszcze
    y.  Zapaka.  Nie  wstydzi  si  tego.  Paka  jak dziecko, a zy
    pyny  mu  po  policzkach.  By  coraz  sabszy. Umiera, ale chcia
    jeszcze  raz spojrze na soce. Wytar zy i zacz przeczogiwa si
    w  kierunku  okna.  Nogi  cigny si za nim bezwadnie w tyle. Nagle
    poczu  wilgotne  ciepo  w  uszach.  Dotkn  tego miejsca delikatnie
    palcami  i  unis  do  oczu. Krew... Po chwili zacza pyn take z
    nosa.  Targny  nim  torsje.  Zwymiotowa  krwi i kawakami wasnego
    odka.  Zostay  jeszcze  tylko  trzy metry. Mimo blu wytar usta i
    miarowo  podciga  si rkami. Oddycha przez usta. Jeszcze dwa i p
    metra.  Byo  coraz  ciej.  Jeszcze  dwa  metry.  Boe, pom mi ten
    ostatni  raz.  Prosz...  Zacisn z blu oczy i mocno napi minie.
    Wtedy  pky  mu  puca.  Gsta  krew  zmieszana  z kawakami oskrzeli
    wypyna  leniwie  z ust. Opad na podog. Po chwili serce przestao
    bi.  Nie ujrza ju soca, podobnie jak wielu innych ludzi. Dla nich
    czas  przesta  si  ju  liczy.  Tego  dnia na Ziemi ycie przestao
    istnie...

                             ANDY   Marzec - 1998
    Andrzej Kidaj
    ul. Tymiankowa 58/25
     20-542 Lublin
      tel. (0-81) 526-66-10

                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text