
                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text
=============================================================================
                        Spotkanie
=============================================================================
     Spotkaem  j  w  autobusie.  Bya  bardzo adna. Ciemnobrzowe wosy
    agodnie  opaday  na  ramiona,  jej  zielone  oczy  patrzyy  na mnie
    ciekawie.  Byo  w  nich  co, co mnie zafascynowao. Nie wiem, czy to
    byy  te  dziwne  ogniki,  czy  co  innego. Usiada naprzeciwko mnie.
    Zaoya  nog  na  nog  i  umiechna  si  do  mnie  pierwszy raz.
    Odwzajemniem  umiech. Podobaa mi si, a jej oczy byy takie dziwne.
    Chyba  mnie  zahipnotyzowaa.  Nie znaem jej, ale jednoczenie miaem

    wraenie,   e  jestemy  ze  sob  w  jaki  sposb  mocno  zwizani.
    Wiedziaem,  jak  to  si  skoczy.  Uja moj do i zacza pieci
    przesuwajc  kciukiem  po  jej wierzchu. Bardzo to lubiem, tylko skd
    ona o tym wiedziaa? Wysiedlimy na tym samym przystanku. Poszedem do
    niej,  aby  uczyni  to, co byo nam przeznaczone. To musiao sta si
    dzisiaj.  Czuem to caym sob. Nie mogo by inaczej. Ksiyc pokaza
    si  w  caej  swej  okazaoci.  Jego  zimne  wiato  wpadao  przez
    niezasonite  okno  do  pokoju. Leelimy mocno do siebie przytuleni,
    gaskaem  j  po  gowie,  ktr  opara na moim ramieniu. Czuem jej
    gadkie,  gorce  ciao. Ostatni raz. Uniosa nog i przesuna ni po
    moim  brzuchu.  Zdawaa si by taka delikatna i bezbronna. Wiedziaem
    jednak,  e to nieprawda. Byem przygotowany na to, co miao si teraz
    wydarzy.  Wic  kiedy  poczuem  jej  donie o delikatnych palcach na
    mojej  szyi, odepchnem j mocno. Nie mogem si ju wycofa i puci
    jej  wolno.  Ona  by  tego nie zrobia. Usiadem na niej przygniatajc
    kolanami  jej  ramiona do ka. Nie rzucaa si. Wiedziaa, e nie ma
    szans.  Nie  tym razem. Nie krzyczaa. Z nienawici patrzya na mnie,
    kiedy  wyciskaem  z  niej  ycie  niczym  sok  z  cytryny.  Tym razem
    przegraa  i  ze  spokojem przyjmowaa porak. W kocu zamkna oczy.
    Trzymaem  j  jeszcze  przez  chwil  jakby  obawiajc  si, e zaraz
    spojrzy na mnie. Nie miaem wyrzutw sumienia. Tylko jedno z nas mogo
    przey  tej nocy. Tym razem to ja miaem szczcie, ale kiedy rnie
    to  bywao.  Walczylimy  ze  sob  od wielu wiekw przybierajc rne
    postacie,  umierajc  na  wiele  sposobw i odradzajc si na nowo. To
    bya   taka   gra,  ktrej  nikt  nie  mg  wygra.  Bez  koca.  Bez
    wytchnienia. mier bya dla nas tylko etapem przejciowym. Musielimy
    tu  powrci,  eby  powtrzy  to  od  pocztku.  Wiele,  wiele razy.
    Oddabym  wszystko,  eby  to  si  ju skoczyo. ebym mg umrze w
    spokoju  i  nie  cign  tego  dalej. Wiem, e wrci. Ciekawe tylko w
    jakiej tym razem postaci.

                            ANDY.            Grudzie - 1997

Andrzej Kidaj
    ul. Tymiankowa 58/25
     20-542 Lublin
      tel. (0-81) 526-66-10
                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text