
                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text
=============================================================================
                Smacznego
=============================================================================
     -  Chod,  pjdziemy  na spacer - poprosiam mojego chopaka. Wieczr
    by  taki  pikny,  a ja miaam tak wielka ochot przej si gdzie.
    Wyj  z  domu. Soce zachodzio. Ogromna, czerwona kula skrywaa si
    za  horyzontem.  Chmury  odbijay  jego  krwisty blask. Byo cudownie.
    Poszlimy  w stron starego cmentarza. Lubiam bardzo to miejsce, gdy
    panowaa  tam  zawsze  taka  cisza  i  spokj. Zagbilimy si w cie
    pomidzy  stare,  ogromne drzewa, milczce groby i wspomnienia. Czuam

    obecno  dusz  tych wszystkich zmarych, ktrym by moe zakcalimy
    spokj   nasz  obecnoci.  Zrobio  mi  si  nagle  bardzo  chodno.
    Zadraam.  "Mgby  mnie przytuli" - pomylaam. Mj ukochany wyczu
    to  i  obj  mnie  mocno.  Jego  silne  ramiona  daway  mi  poczucie
    bezpieczestwa.  -  Wierzysz w duchy? - spytaam. - Nie. To s bzdury.
    Dusze po mierci id do raju, ewentualnie... - pokaza palcem w d. -
    Zjawy  i  upiory  to  tylko  wymys  ludzi,  eby straszy niegrzeczne
    dzieci. Nie, nie wierz w duchy. - Powiniene sprbowa. Ja wierz, e
    one  istniej.  S  nawet  tutaj,  na  tym  cmentarzu. Rozejrza si i
    wzruszy  ramionami.  Pewnie mi nie uwierzy. Moe mia racj... Wok
    nas  peno  byo  starych,  w wikszoci zrujnowanych grobw. Z trudem
    mona byo odczyta nazwiska zmarych. Stare, pochylone drzewa zdaway
    si  prowadzi  niem  konwersacj  ze  zmarymi. Noc nadesza szybko.
    Gsty mrok rozjaniay tylko nieliczne znicze. Dziwne, e w ogle kto
    jeszcze je zapala. Ich nike pomienie drgay niecierpliwie poruszane
    niewyczuwalnym  dla nas wiaterkiem. A moe to nie wiatr, tylko dusze w
    ten  sposb  pragny w ydosta si z miejsca ich wiecznego spoczynku,
    aby przey cho dzie wrd ywych... cieki przestay by widoczne.
    Szlimy  niemal  po  omacku. Nad pomieniami wiec zaczy tworzy si
    szare,  gste  mgieki.  Zauwayam to i dziwny dreszcz przebieg moje
    ciao.  Mocniej  przytuliam  si  do mojego chopaka. - Nie bj si -
    szepn. - adne duchy nie istniej. Jego gos nie by jednak ju taki
    pewny,  jak  poprzednio. Czuam, jak ronie w nim napicie. Stara si
    by  spokojny, ale cay czas zerka nerwowo na boki. Umiechnam si.
    A  wic  cmentarz  wywar  na  nim  wraenie. Nagle dobieg nas dziwny
    odgos.  Zamarlimy  nasuchujc.  Przez  chwil panowaa cisza, ktra
    ponownie  zostaa  przerwana  przez  ten dwik. Co jakby przesuwanie
    kamienia  po  kamieniu.  Albo odsuwane pyty grobowca... Spojrzaam na
    mojego  faceta.  By  chyba  bardzo  przeraony.  Czyby si domyli?
    cisn mnie mocno za rk. Umiechnam si. - Uciekajmy - usyszaam
    kiedy  zacz  biec  cignc mnie ze sob. Uciekalimy co si w nogach
    przed  gonicymi  nas  gonymi oddechami prosto z zawiatw. Wszdzie
    otwieray si groby, z ktrych wydostaway si pprzeroczyste zjawy,
    na  wp  rozoone  ciaa,  bielce  si koci. Dookoa poruszay si
    niewyrane  ksztaty.  Otaczay  nas  i  szeptay. Cay czas szeptay.
    Chciay  ofiary,  aby  zaspokoi  swj  gd.  Wyjcie jednak byo ju
    niedaleko.  Jeszcze tylko kilka metrw. Przyspieszylimy. Wolno bya
    tak blisko. Ju prawie bylimy na zewntrz. Jeszcze tylko dwa kroki...
    Jeszcze   tylko  jeden...  Nagle  chopak  potkn  si  i  przewrci
    pocigajc  mnie  na ziemi. Upadlimy. Niemal udao mu si wydosta z
    cmentarza,  ale nie mogam mu na to pozwoli. Pochwyciam go za nog i
    przytrzymaam.  Nie  mg uciec. By nasz. Musia zaspokoi nasz gd.
    Wyssiem y jego siy witalne, abymy mogli istnie. Ksztaty zacieniy
    krg wok nas. Smacznego bracia i siostry.

                       ANDY.         Grudzie - 1997

Andrzej Kidaj
    ul. Tymiankowa 58/25
     20-542 Lublin
      tel. (0-81) 526-66-10

                                    Ŀ
                                    Ŀ  
  Ŀ            ĿĿ    ĿĿĿĿĿ  
                            Ŀ    Ŀ      Ŀ    
                                                
      Ŀ                                  
        ڿ                                
              Ŀ  ٳ                  
                                                  
                                            
                      
                   WyjebistY Monumentalny I Odjechany Text